Powrót

Nori – coś więcej niż sushi

Do sushi mam takie samo podejście kulinarne, jak do gołąbków, krokietów czy pierogów. To znaczy – najpierw należy opanować technikę zwijania w wersji tradycyjnej, a potem radośnie komponować własne warianty – co tylko wyobraźnia i zawartość lodówki nam podpowiada. Zapewne niejeden ortodoks kuchni azjatyckiej złapałby się za głowę widząc moje wynalazki – takie jak sushi z kaszy jaglanej. Dla mnie jednak gotowanie to przede wszystkim kreatywność i eksperymentowanie, a eksperymenty, cóż…nie zawsze muszą być udane. Na tym głównie polega nauka.

Efektem mojego podejścia jest zapas wodorostów nori, które radośnie wplatam w przeróżne wariacje jedzeniowe. A warto bliżej się z tymi glonami zapoznać, gdyż

mają szereg wartościowych składników żywnościowych.

Nori to nie tyle gatunek wodorostów co sposób ich przygotowania – w formie sproszkowanej i wysuszonej – jako arkusze papieru, które pod wpływem wilgoci elastycznieją.

Wodorosty morskie posiadają bardziej skoncentrowaną zawartość minerałów i składników odżywczych, dlatego nawet niewielkie ich ilości potrafia znacząco pokryć nasze dzienne zapotrzebowanie. Są również bogate w jod, który stymuluje pracę tarczycy. Absorbują metale ciężkie i wspomagają wydalanie toksyn.

Szczególnie zalecane są wegetarianom jako alternatywna forma przyswajania witaminy B12.

Z najczęściej występujących w nich mikroelementów należy wspomnieć cynk, wapń, miedź i żelazo, są także świetnym źródłem białka.

W kuchni, oprócz zawijania w nie różnego rodzaju nadzienia, możemy śmiało dodawać je do sałatek czy zup, a nawet do jajecznicy, zamiast klasycznej zieleniny. Co prawda, ich „morski” smak jest wyczuwalny, jednak przy tworzeniu potrawy nie jest to dominująca nuta smakowa. Ich właściwości odżywcze są cenne szczególnie zimą, gdy mamy ograniczony dostęp do świeżej i bogatej w witaminy żywności.

Dobrusia

Dobrusia

Dobrosława Bela, ekspert ds. zdrowego odżywiania Przeszłam długą drogę, aby powrócić do zdrowotnej równowagi. Współczesna medycyna alopatyczna bardziej mi w tym przeszkadzała niż wspierała. Dlatego zwróciłam się w stronę medycyny naturalnej i leczenia dietą. A było ich wiele – dieta dr Budwig, pięciu przemian, wegetarianizm, witarianizm, głodówka lecznicza, dieta bezglutenowa… Dlatego wiem, jak trudno jest zrezygnować z ukochanych smakołyków, nawet kiedy sieją spustoszenie w naszym organizmie.